piątek, 3 kwietnia 2015

Rozdział IV. Powrót, kilka niespodziewanych słów i Planica.

*oczyma Andreasa*
Tracąc wewnętrzny spokój, coraz to gwałtowniejszymi ruchami kołysałem wózkiem. Niemowlę płakało wniebogłosy. Krew gotowała się we mnie. Nie skocznia. Dom. Nie lot. Opieka nad synem. Nie radość. Poddenerwowanie. W końcu poddałem się. Porzuciłem uspokajanie syna. Puściłem rączkę fioletowego czterokołowca. Zacząłem krążyć po pomieszczeniu. Zacisnąłem dłoń w pięść, chcąc spróbować się opanować. Uderzyłem w ścianę, tym samym wyładowując emocje. A Bastian, zapewne zlękniony dźwiękiem, zaczął głośniej kwilić. Czułem, że zaraz nie wytrzymam i rzucę to w cholerę. Ale nie mogłem. Akurat to ja byłem tym odpowiedzialniejszym rodzicem, który starał się z całych sił, by wszystko jakoś się toczyło. I do Cariny nie miałem już cierpliwości. Zniknęła. Zero odzewu. Jakby sprawa wychowania naszego syna jej nie dotyczyła. Starałem sobie przetłumaczyć, że było jej ciężko. Że dotknęło ją coś, czego nikomu nie chciałbym życzyć. Ale mimo wszystko mogłaby zacząć racjonalnie myśleć. W tej całej sprawie zapomniała o osobie, która kochała ją całym sercem. O człowieku, który uśmiechał się, kiedy tylko ją widział. O mężczyźnie, który z całych sił pragnął przytulić ją i pocałować w czoło. O ojcu jej dziecka, któremu zależało na jej bezpieczeństwie i szczęściu.



Decyzja, którą podjęłam, wiele mnie kosztowała. Coś mnie blokowało. Strach przed konsekwencjami. Nie powinnam była drżeć w emocjach. Stojąc na peronie, chwilę po przyjeździe do zamieszkiwanego miasta, wahałam się. Nie chciałam spotkania z nim. Wiedziałam, że oboje niezwykle mocno przeżyjemy spotkanie po czasie. Po okolicznościach, których byłam sprawczynią. Odpowiedzialność przygniotła. Zmalałam w jego oczach. Ale nadal miałam nadzieję, że on mnie kocha. Że akceptuje każdą moją wadę, że nadal ma siły, by przeć do przodu. Zrezygnowałam z podróży autobusem miejskim. Szłam powoli, kalkulując wagę każdego postawionego kroku. Bliżej ich. Przecież to dla syna chciałam odnaleźć w sobie siły. Stany lękowe i niemożność, które nadeszły wraz z jego narodzinami chciałam odgonić. Wiedziałam, że nie będzie łatwo, nikt nigdy nie dawał mi takiej gwarancji. Światło motywem prowadzącym. Będąc kilkadziesiąt metrów od budynku, w którym byłam zameldowana przystanęłam. Heidi. Poczułam ukłucie. Uświadomiłam sobie, że to ona jest dla Bastiana jak matka. Przewijała go, kołysała za mnie do snu. A teraz pomaga Andreasowi. Mimo tego całego poczucia niepotrzebności postanowiłam wejść do mieszkania i spróbować wszystko naprawić. Nie mogłam pozwolić, by to Ellerman stała u boku Wellingera, by razem niańczyli moje potomstwo. Wreszcie doszło do mnie, jak źle postępowałam. Jak wszystko zniszczyłam. Jak zraniłam. Uczucie gorąca. Przyspieszony oddech. I nagłe zwolnienie tuż przed drzwiami wejściowymi. Już miałam unieść dłoń, by następnie zadzwonić dzwonkiem informującym o przyjściu gościa. Ale nie zrobiłam tego, tylko bez powiadomienia wkroczyłam do mieszkania. Z wnętrza dochodził zduszony głos. I płacz. Cicho postawiłam torebkę na szafce i wolnym krokiem zmierzałam ku odgłosom. Nogi drgały nieznacznie, mimo starań opanowania się. Stanęłam w drzwiach i ujrzałam ich. Stali wtuleni, nie zważając na ubolewanie maleństwa. Oparłam się o futrynę, czując jak robi mi się słabo. Ale nie dlatego, że zastałam ich w takiej sytuacji. Andreas płakał. Nie wiedziałam, co mam zrobić. Czułam się niekomfortowo. Wybrałam zły moment. Przymknęłam tylko oczy, by spod kontroli nie uciekły i moje łzy. Zawiodłam. Miałam przeczucie, że to przeze mnie. Po kilku sekundach otworzyłam je. Nadal stali, nie zmieniwszy pozycji. A Bastian kwilił. Niepewnie ruszyłam w jego kierunku i wyjęłam z wózeczka, w którym leżał. Heidi i Andreas, słysząc obecność kogoś jeszcze, jak oparzeni odskoczyli od siebie. Chłopak szybkim ruchem starł słone krople z policzków. Natomiast ja przytuliłam niemowlę i pocałowałam w główkę. Nastała niezręczna cisza.


- Carina, jeśli myślisz, że podczas twojej nieobecności zamieniłam Marinusa na Andreasa, to mocno się mylisz - usłyszałam zdecydowany ton blondynki - Jesteś niezdolną do życia w związku małolatą, rozumiesz? Na matkę też się nie nadajesz. W co ty pogrywasz?
Andreas położył dłoń na jej ramieniu, chcąc zatrzymać, gdyż ta już kierowała się w moją stronę. Nogi się pode mną ugięły. Nie znałam jej z tej strony. Ale nie mogłam jej o nic obwiniać. Mówiąc to, miała rację.


- Mogłabyś przerwać na moment swój monolog? Nie widzisz, że chcę uspokoić zapłakanego syna? - powiedziałam cicho i na tyle opanowanym głosem, że od razu zamknęła usta i odwróciła się, patrząc na skoczka. Stali, czekając aż uśpię malca. Kołysałam chłopca. Kiedy przestał już płakać, odłożyłam go do łóżeczka - Wyjdźmy do kuchni, czekam na dalsze wypominanie mi wszystkiego.
Heidi dziarskim krokiem ruszyła do wymienionego przeze mnie miejsca, ojciec mojego dziecka uczynił to samo. Dołączyłam do nich ostatnia.


- Nagle pojawiłaś się i myślisz, że nic się nie stało? - warknęła Ellermann, kontynuując swoje oskarżenia wobec mojej osoby - To ja usypiałam go do snu, karmiłam i przewijałam. Andreas ku niezadowoleniu trenera i ojca został, opiekując się owocem waszej miłości, a ty gdzie byłaś? Wakacje sobie urządziłaś w marcu?!
Andreas natomiast milczał jak zaklęty.
- Nie musisz mi wierzyć, ale wyjechałam, by wszystko naprawić.
Prychnęła tylko i roześmiała mi się w twarz.
- Nie zdajesz sobie sprawy, jak powinna postąpić osoba, która znalazła się w takiej sytuacji, jak ty. Jestem w stanie zrozumieć problemy psychiczne, ale nie ucieczkę. Nie jesteś nic warta - stanęła metr przede mną, z jadem w głosie wysyczała ów zdanie i wyszła.


Oparłam się o ścianę, głowa pulsowała mi, a w gardle zaschło. Bałam się podnieść wzrok, bałam się trafić na jego spojrzenie.


- Jadę do Planicy. Pora, byś w końcu zajęła się małym - puste słowa informacji. Wyminął mnie, zapewne mierząc wzrokiem. Łzy paliły mnie pod powiekami. Upokorzenie złapało za ramię i mocno mną szarpnęło. Stałam sparaliżowana. Usłyszałam tyle prawdy, która bolała. Chyba nie do końca zdawałam sobie sprawę z tego, co postanowiłam. Wyjazd był oczyszczeniem, nadzieją. Nie dane było mi jednak się tym cieszyć. Wpatrywałam się w przeszkloną szafkę ze szklankami. Słowa zasłyszane moment wcześniej były kulami u nóg. Mokre ślady na policzkach już mi nie przeszkadzały. Bolała jedynie obojętność. Kolejny raz zraniłeś obojętnością, Wellinger. Nie ruszyłam się ani o centymetr. Niegłośne zamknięcie drzwi. Znów zostałam z tym sama.




*oczyma Andreasa*
Chciałem, by to wszystko inaczej się potoczyło. Ale kiedy ją zobaczyłem, nie cisnęły mi się na usta żadne słowa, oprócz tych negatywnych. Nie byłem w stanie nawet bronić Cariny przed zdaniami rzucanymi przez wspólną znajomą. Blondynka zrobiła to, co sam miałem w zamiarze widząc ją przy miesięcznym dziecku. Poświęciłem wiele. Bezsilność mnie obezwładniła. Heidi trzymała mnie na duchu. Była kimś, na kim mogłem polegać. Osobą, która przytuliła, gdy byłem we łzach. Pomoc od zawsze na zawsze. Jako przyjaciółka, niezastąpiona. Wyszedłszy uświadomiłem sobie, że całe plany legły w gruzach. Byłem zbyt wielkim optymistą, wierząc, że uda mi się zapomnieć o tym, co zrobiła mi ukochana. Pocałunki i bezpieczne ramiona musiały poczekać na odpowiednią chwilę. W tamtym momencie pragnąłem jedynie latać. Planica. Niemrawy uśmiech. Teraz tylko to się liczyło. Wolność i lot. Swoboda i zapomnienie. Chcę wrócić, chcę poczuć tę magię. Chcę znów, choć przez moment, być szczęśliwy szczęściem rysowanym nartami przeszywającymi powietrze.



Podniosłam się, by znów upaść. Ludzie patrzą na ciebie przez pryzmat tego, co złe. Nie chcą słuchać, gdzie odniosłeś zwycięstwo. Wolą zauważać błędy i wytykać je tak długo, jak to możliwe. Spoglądając na chłopca śpiącego spokojnym snem, wiedziałam, że warto. Lęk czy niechęć nie do końca zniknęły. Moja droga dopiero się rozpoczęła. Dla siebie już wygrałam. Jedyne o czym skrycie marzyłam, było wsparcie. Jednak nie miałam pewności czy znajdzie się ktoś, kto mógłby donosić baterie do mojej latarki.






Dzień dobry! :)
Dzisiejszego dnia powroty są dwa. Mój i Cariny. Nie wiem, czy długa przerwa dobrze na mnie podziałała, ale dzięki niej zrozumiałam, czym jest dla mnie pisanie. Musiałam wrócić. Oczyściłam się, przelałam emocje na klawiaturę. Tęskniłam za tym. Tęskniłam za Cariną. Za Andreasem i Bastianem. I za Heidi też, pomimo jej słów. A najbardziej tęskniłam za Wami.

Czasem nie widzimy pomocy w oczach drugiego człowieka 
i tym samym wszystko staje się trudniejsze.



Dominika x

wtorek, 24 lutego 2015

Rozdział III. 'Jednakże czasem trzeba wziąć się w garść. Bo ma się dla kogo.'

Nie wiedzieć kiedy, minął tydzień. Telefon leżał wyłączony na stoliku. Zostawał w pokoju, kiedy to ja wychodziłam przewietrzyć się. Potrzebowałam oddechu. Egoistyczne myśli nie opuściły mnie, nie myślałam o powrocie. Byłam pewna, że Andreas poradzi sobie. Ja byłam tylko zbędnym elementem, niepotrafiącym odnaleźć się w swojej roli. Psułam jego wizerunek. Kreowanie na nadzieję niemieckich skoków. Stałam na rozdrożu. Wyjechać za granicę, zapomnieć, ulecieć? Czy wrócić i udawać, że wszystko jest w porządku i żaden wyjazd nie miał miejsca?



*oczyma Andreasa*
Oslo przemknęło mi przed oczyma. Zrezygnowałem. Nie mogłem zostawić syna pod opieką obcych ludzi, opiekunek. A nawet pod nadzorem Heidi. Moje dziecko - moja odpowiedzialność. Carina o tym nie wiedziała. Kilka dni bez odzewu. Nic nie było łatwe, tym bardziej nie będzie. Łapię się na tęsknocie. Za zmęczonymi oczyma, za rozdrażnionym tonem głosu, za ciałem odwróconym do mnie plecami. Potrzebuję jej, jak nigdy. A i ona chyba potrzebuje kogoś więcej niż tylko siebie. Tej batalii nie da się wygrać w samotności.




Była dziewiąta z minutami. Poniedziałek albo wtorek. Dni zacierały się. Nie było dla mnie soboty czy niedzieli. Jedynie dni popychające się w nieładzie. Zeszłam do hotelowego bufetu, by w końcu coś zjeść. Nie miało dla mnie znaczenia, że omijałam posiłki. W głowie nie wszystko potrafiłam dobrze ułożyć, więc i tym się nie przejmowałam. Zamówiłam jajecznicę, nie będąc w stanie wymyślić kreatywniejszego posiłku. Wiele nie potrzebowałam. Bawiąc się widelcem myślałam nad całością i wymyśliłam niemal nic. Zero pomysłów na powrót, jeden na zrobienie czegoś ze swoim życiem. Wzięłam ze stolika talerz wraz z widelcem i podeszłam do okienka, gdzie oddawano naczynia. Zerknęłam ostatni raz na pomieszczenie jadalni i spokojnym krokiem udałam się do zajmowanego pokoju. Zebrałam się do włączenia telefonu. Niechętnie, jednakowoż chciałam trwać przy idei, która nawiedziła moją głowę przed kilkunastoma minutami. Zignorowałam te kilkadziesiąt wiadomości od Andreasa czy znajomych. Chciałam skupić się na problemie. Na moim braku akceptacji rzeczywistości. Wpisałam w wyszukiwarkę dwa słowa. Kiedyś były to 'aborcja' i 'Berlin'. Dzisiaj zgoła inne. Czas coś ze sobą zrobić. Siedzenie i czekanie na cud do niczego nie prowadzi. Musiałam zastanowić się nad tym, co dla mnie dobre, nie nad tym, czego chcę. Moje dobro to dobro Andreasa. Tak przynajmniej powinno być. Ostatnie tygodnie wykazały niezidentyfikowane poróżnienie. W notatkach urządzenia zapisałam interesujące mnie informacje, wyciszyłam i włożyłam do kieszeni. Zapięłam płaszcz po samą szyję, szal zarzuciłam na szyję z przyzwyczajenia. Sprawdziłam zawartość torebki i ku uciesze znalazłam tam portfel. Zamknęłam na klucz lokum i skierowałam się na przystanek autobusowy, by stamtąd podążyć do obranego sobie celu.




*oczyma Andreasa*
Czułem, że dłużej tak nie mogę. Posiadanie rodziny zaczynało mnie przerastać. Mały płakał nieustannie. Czuł dziwność sytuacji? Byłem nieco przestraszony ów sytuacją. Mimo że to ja ciągle zajmowałem się Bastianem czułem brak Cariny. Pocałunki składane na moich policzkach, zlęknione ciało i smutny umysł. Była zagubiona, ale wciąż taka sama. Tak samo ważna, tak samo niepodważalnie ukochana. Zrobiłbym wiele, by ją uleczyć. Byśmy razem kroczyli ku lepszym czasom, ku lepszemu okresowi w naszym życiu. Nie chciałem się poddawać. Miałem siły, by walczyć. Problemem był brak jej osoby przy moim boku.




Dopiero w momencie, kiedy autobus zatrzymał się na przystanku, a ja opuściłam jego wnętrze, zaczęłam logicznie myśleć. Popełniłam wielką głupotę sądząc, że zostanę przyjęta w progi poradni bez zarejestrowania. Chyba tak mocno tego pragnęłam, umysł skupił się tylko na tej myśli, na niczym innym. Przeliczyłam się? Jednakże postanowiłam wejść do środka, przełamać się i chociażby umówić na inny termin. Ponad wszystko pragnęłam szczerej rozmowy, choć ta wydawała się w tym momencie, z wiadomych przyczyn, niemożliwa. Uchyliłam drzwi, na których to wisiała tabliczka z godzinami urzędowania. W pomieszczeniu siedziała jedynie jakaś kobieta, która najprawdopodobniej z zawodu była rejestratorką.


- Przepraszam - powiedziałam cicho - Czy jest możliwość, by doktor Schneider przyjęła mnie poza kolejnością?


Blondynka spojrzała na mnie mierząc wzrokiem. Zlustrowała nim każdą komórkę mojego, zmęczonego ciągłą walką, ciała. Czułam, jaka czeka mnie odpowiedź, dlatego zaczęłam się wycofywać.


- Wystarczy zapłacić nieco więcej niż za umówioną wizytę - kiedy byłam już przy wyjściowych drzwiach i dłonią naciskałam klamkę, odezwała się. Założyła nogę na nogę i spojrzała na mnie wyraziście umalowanymi oczyma - To poradnia prywatna, proszę pani. Coś za coś.


Puściłam trzymaną klamkę i powróciłam na wcześniej zajmowane miejsce. Stanęłam przy kontuarze i wreszcie wydusiłam z siebie zapytanie o cenę wizyty. Cena wypowiedziana przez niekoniecznie uprzejmą panią z rejestracji była w granicach moich możliwości do spłaty. Blondynka z szerokim uśmiechem przyjęła ode mnie sumę, schowała i nie zdejmując z ust grymasu wskazała dłonią miejsce w poczekalni. Usiadłam i po chwili zaczęłam nerwowo przytupywać stopami o drewniane deski podłogi. Czekanie na moją kolejność było męczące. W środku cała chodziłam z nerwów, na zewnątrz starałam się hamować. W momencie, gdy duże, drewniane drzwi uchyliły się, a jakiś mężczyzna wyłonił się zza nich, odetchnęłam. Powiesiłam płaszcz na wieszaku stojącym tuż obok kanapy, którą zajmowałam i skierowałam się do gabinetu, po drodze mijając rejestrującą na kolejną wizytę pacjenta, kobietę i nieznacznie uśmiechając się do niej. Jakbym sama chciała dodać sobie otuchy, że będzie dobrze, że ten moment zmieni wszystko.


- Dzień dobry - głośno przełknęłam ślinę stojąc jakiś metr od drzwi, jakby bojąc się podejść do biurka, przy którym to urzędowała starsza pani o nieco okrąglejszych kształtach. Na pierwszy rzut oka wydała mi się sympatyczniejsza i bardziej empatyczna od tej z pomieszczenia obok.
- Jest pani nową pacjentką? - rzuciła na mnie wzrokiem zza okularów korygujących.
- Ja... znaczy się, ja dzisiaj... - w tamtym momencie cała pewność siebie opadła na dno, zostałam z tym sama i nie wiedziałam, co powiedzieć. A kobieta nie spuszczała ze mnie spojrzenia. - Potrzebuję pani pomocy. Przyszłam dzisiaj, z góry zapłaciłam za wizytę w rejestracji i zostałam przyjęta bez kolejki. Ja naprawdę nie poradzę sobie bez szczerej rozmowy. Pani jest moją ostatnią nadzieją.
Psycholog wciąż wbijała we mnie wzrok. Odłożyła trzymany długopis, opuściła kącik z biurkiem i przysiadła na sofie umieszczonej na samym środku pokoju.
- Nie stój tak, tylko się do mnie dosiądź - zachęciła, widząc, jak bardzo zagubiona jestem. Wykonałam prośbę nieco zlękniona - A teraz powiedz mi, jak mogłabym Ci pomóc.




*oczyma Andreasa*
Czekanie bolało. Zniecierpliwienie przejawiało się w każdym aspekcie mojego życia. Nie chciałem tak. Trzy razy nie. Nie pozwolę, by mnie opuściła. Nie pozwolę, by uciekła. Nie pozwolę, by radziła sobie sama. Byłem, zwarty i gotowy, by stoczyć walkę z jej nastawieniem. Ona chyba nie pojęła tego, że chociaż wiele się stało, nadal była dla mnie jak różowy goździk. Wieczna pamięć. Brak umiejętności, dzięki którym mógłbym bez niej być. Zaczynałem pojmować, że kocham ją za każdą niedoskonałość. Nie zawsze potrafiliśmy się dotrzeć, ale na tym chyba właśnie polega związek. Na ciągłym dążeniu do lepszego. Bastian rozbudził się. Delikatne kołysanie. Ławka w parku. Dłoń na rączce wózka. Niemożność kolejny raz z rzędu. I mimo każdego wypowiedzianego słowa, mimo ciszy zależało mi. Dla tego, który połączył nas na zawsze. I dla samego siebie. Dla szczęścia i spełnienia. Bo tylko ona potrafiła mi je dać.




Półgodzinna sesja przetarła szlak. Część pytań znalazło odpowiedź. Kroczenie ku ideałom. Jedna na milion szans, by dobrze trafić. A może czasem tylko krótka rozmowa potrafi wzmocnić? Nie na tyle, by walczyć, by być wojownikiem. Ale by jeszcze 'być'? Odtrącenie złych myśli. Niewymuszony, acz spokojny śmiech. Mała radość. Mała wygrana. Chęć kontynuacji. To dobra droga. Może nie wymarzona, ale trafnie wybrana. Przyznawanie się do słabości nie leży w ludzkiej naturze. Jednakże czasem trzeba wziąć się w garść. Bo ma się dla kogo. Ważne, by wydusić z życia maksimum. Powalczyć z samym sobą. Taktyka z odhaczeniem. Słabość jeszcze długo będzie towarzyszyć. Ale mój atak będzie ją niszczył. Chcę. A to znaczy więcej niż musieć. Długa, wyboista i ciemna droga. Idę. W ręku dzierżę latarkę. Tak mi łatwiej. Moim światłem jestem ja sama. Nie chciałabym się wypalić, chcę świecić.


By w końcu powiedzieć: 'zrobiłam to, bo uwierzyłam'.




Dzień dobry! :)
Powróciłam, z truskawkowo-pigwową herbatą i świeżą głową. Jednakowoż nie wiem, czy dopięłam swego. Może czasem człowiek za dużo od siebie wymaga, za bardzo chce? 

Wiem natomiast, że tak miało być. Miało być lepiej. Jest. Chociaż, jak wiadomo, nic nie dzieje się ekspresowo. Trzeba czekać, iść z latarką w dłoniach. Ale walczyć. 
Bo ma się dla kogo.


Dziękuję, Natalko. Znów. Bo dzięki Tobie odbiłam się i powróciłam. 
'Czasem trzeba pomyśleć nad tym, co dobre. Nie nad tym, czego się chce'. 
Będę długo trzymać w sercu Twoje słowa.

Dziękuję, Julka. Nie damy się temu, będziemy walczyć. Zaczniemy od latarki.


Dominika x

Przepraszam, że musieliście czekać. Czasem wszystko się komplikuje.

czwartek, 22 stycznia 2015

Rozdział II. Uciekając, zbliżamy się do celu?

Trondheim. Sto trzydzieści dwa metry w drugiej serii. I dwunaste miejsce. Uśmiechnęłam się do siebie, dumna z wyczynu chłopaka. Bastian słodko spał w łóżeczku, tym samym zostawiając mnie spokojną, że nie muszę kolejny raz się przełamywać. Było ciężko, ale byłam w tamtym miejscu, by walczyć. O szczęście, o lepsze momenty, o samą siebie. Niejako byłam zagubiona. Szłam do celu małymi kroczkami. Ale przecież jeden malutki krok zbliża Cię do celu bardziej niż zero kroków. Sytuacja, kiedy zostałam z maluchem sama zmuszała, bym przekonywała się do synka. Podniosłam pilot z podłogi, na której to siedziałam i wyłączyłam jednym przyciśnięciem. Miesięczne dziecko zakwiliło. Zaczęło się. Westchnęłam głośno i niechętnie podeszłam do drewnianego mebla, w którym spał mały Wellinger. Wzięłam go na ręce, by po chwili położyć na sypialnianym łóżku. Usiadłam po turecku obok syna. Zacisnął piąstki na moich palcach i zaczął z zaciekawieniem rozglądać się po pomieszczeniu. 

Był tak maleńki i tak bezbronny. A ja wciąż udawałam swoje uczucia. Potrzebowałam chwili spokoju. Musiałam wszystko przemyśleć i uporządkować sobie w głowie. Denerwujący, nasilający się płacz. Pękająca głowa. I między tym wszystkim ja. Wszystko się posypało. Cierpliwość nagrodą, na którą widocznie nie zasłużyłam. Jego rozpacz była dla mnie katorgą, nie umiałam sobie z tym poradzić. Uciec, nie być, dać sobie spokój. A jeśli to było prostsze niż mogłoby się wydawać?



Po siedmiu godzinach snu z przerwami wstałam z zamiarem przygotowania sobie śniadania. Bastian, dzięki Bogu, spał. Zajadając się uprzednio przygotowaną kanapką siedziałam na wysokim, kuchennym krześle i spoglądałam w okno. Nie na takie życie czekałam przez cały pobyt w Domu Dziecka. Nie pragnęłam obowiązków, nie marzyłam o śpiewaniu kołysanek do snu. Chciałam zasmakować wolności z ukochanym mężczyzną u boku. Los zdecydował, że nie będę spełniona. Nie w tej chwili, nie za kilkanaście minut, nie jutro. 


- Mógłby tata przyjechać na dwie godziny przypilnować Bastiana? - już ubrana, po nakarmieniu syna stałam w sypialni wpatrzona w drewniane łóżeczko - Pojechałabym po zakupy.


Po drugiej stronie słuchawki senior Wellinger z chęcią zgodził się poniańczyć wnuka, na co zareagowałam z entuzjazmem. Włożyłam do torebki portfel, którym kiedyś obdarował mnie Andreas. Kiedy tylko doczekałam się teścia, ubrałam wygodnie kozaki, ciepły płaszcz i szary komin na szyję. Pocałowałam w główkę maleństwo. Dla niepoznaki? Mecenasowi Stefanowi posłałam uśmiech i opuściłam dom. Emocje ze mnie zeszły. Nie chciałam się wycofać. Peron. Multum ludzi, wśród których stałam ja. Kilka chwil szczęścia w cierpieniu dawały mi Twoje ramiona. Dziś wsiadam w pociąg i jadę. Stchórzyłam. Potrzebuję czasu. Zostawiam z tym wszystkim ważne dla mnie osoby. Teraz mój moment. Moja decyzja wpisana w życiorys. Przypomniała mi się pociągowa znajomość w drodze do Berlina. Student archeologii, po którym moje dziecko ma drugie imię, dał mi wiele. Przemyśleń, pewności, siły, by podjąć poważną w skutkach decyzję. Nie wiedziałam, czy żałuję, czy raczej jestem mu wdzięczna. Czasem uśmiech na małych usteczkach powodował, że i moje kąciki ust nieznacznie się unosiły, a czasem doprowadzał do szału. Nie byłam matką. Może i byłam rodzicielką. Nic więcej. Zero emocji, brak okazywania miłości. Carina, nie rodzic. Szybszy stukot kół na torach. Gdzie ja w ogóle zmierzam?



*oczyma Andreasa*
Kiedy przygotowywałem torbę do wyjazdu z Trondheim leżący na szklanej ławie telefon zaczął drżeć, wydając dźwięk wibracji. Rzuciłem wzrokiem na telefon. Zdziwiłem się, czego mój ojciec chce ode mnie, kiedy jestem jeszcze na norweskiej ziemi.
- Tato, za dwadzieścia minut wyjeżdżamy, stało się coś niecierpiącego zwłoki? - zniecierpliwiony skierowałem słowa do słuchawki.
- Pięć godzin temu Carina wyszła z domu pod pretekstem załatwienia czegoś na mieście i wstąpienia do supermarketu. Do teraz nie mam z nią kontaktu, mały ciągle płacze, nie wiem, co mam zrobić - potok ojcowskich słów dotarł do moich uszu. Zdumienie sięgnęło zenitu.
- O czym do mnie mówisz? Jak to, 'Carina wyszła'? Zostawiła Bastiana z Tobą? Cholera, co ona znów sobie uroiła?! - ostatnie pytanie chciałem, by potraktował retorycznie, bo i skąd mógł wiedzieć? - Zadzwoń do Heidi albo pani Valerie. Wkrótce będę w domu. I się nie denerwuj.
W głosie taty dało słyszeć się przerażenie zaistniałą sytuacją. Carina przechodziła samą siebie. Szokowała każdą podjętą decyzją. Bałem się, że zostanę z tym samym? Już zostałem? Nie tak wyobrażałem sobie ojcostwo. Chciałem jej, ciągle przypominającej, jak to mnie kocha. Urodziła mi cudownego syna, ale sama zapłaciła dużą cenę. Byłem gotów zrobić wiele, by wszystko odmienić. Tylko czy to miało jakikolwiek sens?



Środek transportu publicznego zatrzymał się na stacji w Passau. Nigdy nie byłam w tym mieście, ale od razu po wyjściu z dworca rzuciło mi się w oczy piękno zabudowań. Byłam zauroczona tym miejscem. Na ile chciałam tu zostać? Jak dużo czasu potrzebowałam, by ochłonąć, by nie zrobić jakiejś głupoty? Stary, czyli zarazem i tani hotel przy rzece został wybrany jako miejsce ostania. Pokój z łazienką. Spojrzałam na wyświetlacz komórki. Kilkanaście nieodebranych połączeń od ojca Andreasa. Zaczęło się. Nikt nie był w stanie mnie zrozumieć. Ludzie myśleli, że jestem silna, powtarzali to do bólu. Ale to nie było racją. Słabości mnie obezwładniały. Cała byłam obojętnością. Potrzebowałam pomocy. Problemem było nieprzyjmowanie tego do wiadomości.



*oczyma Andreasa*
Gdy tylko w nocy dotarliśmy do Ruhpolding wsiadłem w samochód pozostawiony na parkingu przy ośrodku i nie zważając na przepisy drogowe, gnałem do domu. Matka mojego dziecka okazała się być bardziej nieodpowiedzialna niż sądziłem. Biegiem wpadłem do domu, gdzie od razu Heidi zaczęła mnie uciszać ze względu na śpiące niemowlę. Złapała mnie za ramiona, delikatnie potrząsnęła, chcąc sprawić, bym opanował gniew. A ja tylko przytuliłem ją do siebie i szepnąłem: 'zostawiła mnie'. 



Odróżnienie dobra od zła bywa niewykonalne. Pewna sprawa w moim życiu jest jednym i drugim. Poczucie niespełnienia. Poddanie. Chęć powrotu i niemożność wykonania tegoż kroku. Dzwonek ustawiony na dźwięk połączenia nie był dobrym rozwiązaniem. Melodia drażniła moje uszy, wgryzała się w środek. A może to były wyrzuty sumienia?
Bransoletka z zielonym akcentem szlachetnego kamienia, otrzymana od przyjaciółki z brzękiem spadła na drewnianą podłogę pensjonatu. Kilka sekund wcześniej bawiłam się nią, obracając w palcach. Siedząc na skrzypiącym łóżku, przykrytym narzutą w regionalne wzory zastanawiałam się, co kiedyś powiem Andreasowi. 'Tak wyszło'? Chciałam tylko coś przemyśleć i po prostu zniknąć z jego życia? Czego ja tak naprawdę potrzebowałam?
Rzuciłam telefonem w stronę ściany. Ale użyłam zbyt mało siły, bo zepsuć wciąż dzwoniący aparat. Walka z myślami kosztowała mnie rysę na nowym smartfonie i kilka wylanych łez. Takie życie, życie z dzieckiem i ukochanym u boku nie wydawało się złe. Tylko ta bezsilność. Samotna, nie sama. Małe, wielkie problemy. I to szczęście, którego z moją kondycją nie byłam w stanie dogonić. Biegnę, a cel wcale nie jest mi bliższy. Gdzie sprzedają mapy z nakreśloną na spokój drogą? Potrzebuję niemyślenia o problemach. O wszystkim, co złe. Odciąć się. Wyłączyć narzędzia kontaktu. Być dawnym sobą.




Człowiek rodzi się, by popełniać błędy. Żyje, by wplątywać się w kłopoty. Trwa, nie wiedząc, jak trwać. Kocha, nie umiejąc tego okazywać. Jedno słowo, klucz. 


Czas.




Dzień dobry :)
Po miesiącu zastoju, powróciłam. Nie jestem zadowolona z rozdziału, jednakże ocenę pozostawiam Wam. Tylko szczerość, wiele nie wymagam. 
Nie wiem, czy jest, jak powinno być. Ale jakoś jest, nie mam zamiaru nic zmieniać. Carina musi się odnaleźć. A Andreas?... Musi chyba tylko czekać :)


Dominika x



Było źle, ale się odnalazłam. I znów piszę.

niedziela, 21 grudnia 2014

Rozdział I. Złe dobrego początki?

Płacz Bastiana docierał do moich uszu od niespełna kwadransa. Irytował z każdym kolejnym wydanym przez mojego syna dźwiękiem. Chciałam, by w końcu choć na moment zamknął te swoje małe usteczka i pozwolił mi w spokoju odpocząć. Ale nie zamykał. Leżałam, wsłuchując się w lament miesięcznego dziecka i Andreasa, mówiącego coś niezrozumiałego. Nie do końca wiedziałam, czy chce mi coś przekazać czy narzeka na hałas w mieszkaniu. Głowa mi pękała. Problemem był fakt, że nie miałam ani ochoty, ani siły, by sprawdzić, o co może chodzić maleństwu. Nie pierwszy i, zapewne, nie ostatni raz.

- Andreas, błagam, ucisz to dziecko - poprosiłam głośno skoczka, a sama zakryłam dłońmi uszy. Nigdy nie miałam cierpliwości, na czym teraz cierpiał mój ukochany.
- Nie możesz sama do niego wstać? Doskonale wiesz, że wieczorem wyjeżdżam do Trondheim. Finlandię mogłem opuścić, ale na norweskich skoczniach muszę zawitać. I kto będzie do niego wstawał? Heidi może Ci pomóc, ale to Ty jesteś matką - usłyszałam. Miałam zostać z tym sama po raz pierwszy od pojawienia się na świecie Bastiana. Wcześniej to Andreas przynosił go do karmienia, najczęściej przebierał czy uspokajał. Mnie się do tego nie spieszyło. Potrzebowałam czasu, by dojrzeć.
- Mogę - burknęłam tylko i podeszłam do łóżeczka, w którym królowało kilka misiów i mój syn. Wzięłam go delikatnie na ręce, przytuliłam do siebie i zaczęłam chodzić w kółko po sypialni, chcąc uspokoić małego krzykacza. Dziecko swoją małą piąstkę położyło na mojej klatce piersiowej. Dłonią zaczęłam głaskać go po główce pokrytej ciemniejącym meszkiem włosków. Po chwili bliskości płacz ucichł. Dało się słyszeć jedynie ciche pomrukiwanie zasypiającego chłopca. Z noworodkiem na rękach, wtulonym w moje ciało udałam się do kuchni, gdzie Andreas szykował sobie posiłek.


- Myślisz, że dam sobie sama radę?
- Nie wyjeżdżam na zawsze, tylko na kilka dni - wywrócił teatralnie oczami.
- Ale zostawiasz mnie z tym samą.
- Nie narzekaj - nieznacznie podniósł głos. Nie lubiłam, kiedy to robił. Czułam się znów jak nastolatka, przygnieciona mocą jego tonu. Nie chciałam zostać sama. Bałam się obowiązku. Ale nie mogłam mu nic powiedzieć. Miał skakać, miał się spełniać, dziecko na drugim planie. A mnie brakowało wiary w siebie.
- Przepraszam, że mam wątpliwości.
- Przepraszam, że jadę tam, by utrzymać rodzinę.


Ucichłam. Delikatnie położyłam głowę na główce syna i opuściłam kuchnię. Miał rację. I co z tego, skoro myślałam tylko o sobie. Nie chciałam tego zmienić. Strach owładnął mnie całą. Odłożyłam Bastiana do łóżeczka, gdzie malec kontynuował swój sen, a sama opadłam na sypialniane łóżko i zakryłam się po uszy kołdrą w zielonej poszewce. On w drzwiach. 'Do zobaczenia'. Niemal bezszelestne zamknięcie frontowych drzwi. Chrzęst zamka. Zostałaś z tym sama, Carina.



Dwie godziny to nader długo. Telefon w dłoni, wybrany jej numer. Chwila wahania się. I brak innego wyjścia. 'Przyjedź. Potrzebuję rozmowy'. Nie musiałam czekać zbyt długo. Ellermann wywiązała się znakomicie z powierzonej przeze mnie misji. Przywiozła kolejną maskotkę do kolekcji, która już nie mieściła się w otoczeniu chłopca.


- Herbaty? - stanęłam przed Heidi, która to zajęła miejsce na krześle przy kuchennym stole. Nie przejmowałam się odzieniem, na które składała się fioletowa piżama z nadrukiem i szlafrok. Ostatnio było mi obojętne, jak widzą mnie inni. Łączyło się to z niepewnością i nadmierną aktywnością w pewnych momentach dnia.
- A masz jakąś owocową?
Kiwnięciem głowy przytaknęłam i torebkę z wywarem umieściłam w średniej wielkości kubku. Dla siebie nie zrobiłam nic.
- Myślisz, że jestem złą matką? - zapytałam po kilku minutach ciszy, kiedy czajnik zdążył już zaalarmować gotowość wody do zaparzenia malinowego napoju, a ja wygodnie rozsiadłam się na krześle.
- O co Ty mnie pytasz? - blondynka, jakby nie rozumiejąc, uważnie mi się przyjrzała.
- Zadałam Ci proste pytanie. Uważasz, że tak jest? Że nie umiem zająć się synem? Nie umiem dać mu miłości?


Dziewczyna Krausa nic nie odpowiedziała. Trudno się dziwić. Pierwszy miesiąc życia Bastiana Wellingera nie należał do najlepszych w moim istnieniu. Byłam matką karmiącą, ale czy dającą bezpieczeństwo i uczucie? Andreas był ojcem na pełen etat. Nocne wstawanie. Usypianie. Tulenie w chwilach, kiedy malec czuł się nieswojo. Nawet śpiewanie kołysanek nie było mu obce. A teraz? Musiałam się przełamać. Nie byłam przekonana czy potrafię.


- Nie każda miłość przejawia się nieustannym pobytem tuż obok. Nie każda ma w sobie dużo uśmiechu czy radości. Ona niesie łzy. Te szczęścia, ale i bezsilności. Obie doskonale wiemy, że dasz sobie z tym radę. Przezwyciężysz niemoc. Nikt nie obiecuje Ci, że to przyjdzie jutro czy za tydzień. Ale Carina, Ty kochasz małego. On jest dla Ciebie wszystkim, chociaż nie umiesz tego pojąć. Andreas, ja, Marinus pomożemy Ci uwierzyć, że taka jest prawda. Ale daj sobie czas.


Nieco uniosłam kąciki ust, chcąc uśmiechem podziękować Heidi. Pewnie miała rację. Pomagała nam przy Bastianie, była na każdą naszą prośbę, kiedy to Andi już nie miał sił, a ja byłam niezainteresowana synem. Zawdzięczam jej naprawdę dużo. Pomogła mi przetrwać każdą najcięższą chwilę. Trzymała w objęciach, kiedy z bezsilności płynęły łzy. Obiecywała szczęście. Powtarzała, że przyjdzie już wkrótce i ona o to zadba. Zajmowała moje myśli swoją niezastąpioną gadatliwością. Opowiadała, jak to powodzi się jej z Marinusem. Mówiła o remoncie ich wspólnego mieszkania, czy chwaliła się poczynaniami ukochanego na skoczniach. Odciągała moje myśli od zaczątka tego wszystkiego. Od mojego syna?
- Pójdę go przewinąć - dziewczyna ekspresem zareagowała na kwilenie chłopczyka.
- Dziękuję. Dziękuję, że jesteś i to wytrzymujesz.



Stałam w drzwiach, oparta o framugę, wpatrując się w Heidi usypiającą małego. Patrzyła na niego z czułością, czego bardzo jej zazdrościłam. Pomimo swych wątpliwości, którymi wcześniej dość często się dzieliła, byłaby cudowną matką. Była idealną nianią dla mojego potomka. Kochałam go, ale nie umiałam sobie tego przetłumaczyć. Andreas pomagał mi, starał się zrozumieć. Ale nie umiałam w to wierzyć. Zostawiłam go na pastwę samemu sobie, potrafiłam jedynie bez emocji dać dziecku swój pokarm, na co upierał się skoczek, twierdząc, że to ważne dla naszego syna. Podziwiałam go za wytrwałość w przetłumaczeniu mi pewnych wartości. Ja już dawno bym zrezygnowała.


- Chcesz wziąć go na ręce? Popatrzeć, jak uśmiecha się przez sen swym zwyczajem?


Chciałam? Zawahałam się. Próbując nie stracę. Wzięłam go od przyjaciółki, przytuliłam do serca i zaczęłam się mu przyglądać. Usiadłam na podłodze, plecami dotykając oparcia łóżka i nadal na niego patrzyłam. Ellermann wycofała się, szybkim ruchem dłoni zdjęła z wieszaka puchatą kurtkę i wyszła, będąc pewną, że poradzę sobie. Pogłaskałam kciukiem jego maleńką piąstkę. Byliśmy sami, byliśmy blisko, jak nigdy wcześniej. Gdzie moja miłość? Czerwona lampka. Zgaś ją, Becker, byle prędko! Pohamuj łzy, spójrz raz jeszcze na cztery kilogramy nieocenionego błogosławieństwa, które dostałaś od Boga. Wzbierz się w sobie. Ale czy on jest w stanie zrobić ze mnie szczęśliwą, dziewiętnastoletnią matkę? Koniec czułości. Dziecko do łóżeczka, rodzicielka pod prysznic.


Czasem chcesz zmyć z siebie poczucie winy strumieniem wody. Wyczyścić siebie psychicznie poprzez fizyczne czyny. Skrzynia pełna niedorzeczności. Garść wyrwanych w złości włosów. Nie chcę. Pustka. Zimna ściana sypialni. Osuwam się, dłonią przejeżdżając po chropowatej powierzchni pokrytej farbą. Chciałabym uciec, ale nie mogę. W jednej sekundzie tracę całą swoją moc. Nie potrafię sama sobie pomóc. Iluzja szczęścia śpiąca kilka metrów ode mnie. Grymas wymuszonej emocji. Nie potrafię tak dalej. Upadam. Mniemanie o sobie przedstawione matematycznie obrazuje funkcja malejąca.


To, że nie płaczę wcale nie jest oznaką siły. Jest oznaką, że słabość sięgnęła zenitu.




Dzień dobry, kochani! 
Przychodzę z rozdziałem pierwszym nie do końca usatysfakcjonowana jego treścią, ale podbudowana pozytywnym komentarzem ważnej dla mnie osoby - dlatego postanowiłam dodać ów zlepek zdań.

Dzieje się, od samego początku. Sama nie wiem, czy nie przedobrzyłam. 

Nie chciałam zwlekać, nie chciałam ciągnąć sielanki przez pierwsze kilka rozdziałów, gdyż uważam to za całkowicie zbędne i nie pasujące do mojej koncepcji. Pokazuję Wam Carinę, która powstała w mojej głowie kilka miesięcy temu. Carina to ja. Może nie w całości, ale wiele cech mamy wspólnych. Carina to multum myśli, podjęte naprędce decyzje i uczucie, które nie chce opuścić. Jednak z własnego doświadczenia wiem, że bliskość drugiej osoby działa cuda.

Emocjami można namalować wiele przekazów. Ale czy mnie się to udaje? 

Dominika x


Dziękuję, Natalko. Dajesz mi siłę. Twoje słowa powodują, że tu jestem, i że robię to, co kocham.
Dziękuję, Martusiu. Słowa leczą duszę, obie doskonale o tym wiemy.

sobota, 13 grudnia 2014

Prolog. 'Mamy wielkie, małe szczęście, Wellinger.

Otwierasz oczy i co widzisz? Szczęśliwą trzyosobową rodzinę, która miłością wygrywa każdy problem? A jeśli powiem Ci, że życie nie jest bajką ani filmem na podstawie scenariusza Baza Luhrmann'a? To nie kolejna komedia romantyczna, to nie historia Kopciuszka i jej złotego pantofelka. To nowe życie dwójki nastolatków i owocu ich miłości. Nikt nie powiedział, że będzie łatwo. Codzienność potrafi przygnieść swym ciężarem. Przygotuj się na wzloty i upadki. Udowodnię, że nic nie jest kolorowe. Wszystko wymaga odrobiny dystansu. Ocierając łzy zrozumiesz, że to wpisane jest w ludzką egzystencję. Uśmiechając się, odkryjesz, że świat może być piękny. Carina. Andreas. Bastian. Silne więzi. Próba czasu. Przepis na dobre chwile? Czasem trzeba usiąść obok i czyjąś dłoń zamknąć w swojej. Wtedy nawet łzy będą smakować jak szczęście. 
 Ale czy to zawsze takie proste?



Witajcie po raz drugi! 
Wszyscy, którzy byli ze mną podczas publikowania części pierwszej - znają mnie, ale dla wypełnienia wszystkich formalności przedstawię się kolejny raz.

Mam na imię Dominika i od dziewięciu miesięcy żyję historią Cariny i Andreasa. Nie wiem, czy to nie dziwne, ale moje opowiadanie stało się dla mnie częścią egzystencji. Przewiązałam się do moich bohaterów, co może być ułatwieniem w przedstawianiu ich życia, będąc w tym wszystkim prawdziwą. Postaram się nie zawieść. Zrobię wszystko, by treścią zachęcić Was do poznania dalszych losów Cari, Andiego i ich synka. 

Do usłyszenia już wkrótce, przy pierwszym rozdziale :)

Dominika xx

P.S. Wygląd zapewne ulegnie jeszcze kosmetycznym zmianom, ale nie mogłam doczekać się, kiedy wrócę do blogowania, więc raczcie mi wybaczyć, że jestem już dzisiaj :)